"Na jednym z wykładów, w pierwszej ławce, usiadła studentka, która mi od razu podpadła, bo jej twarz była jakby nie-indonezyjska. Kolor oczu zupełnie nie ten. Zapytałem więc skąd pochodzą jej rodzice lub dziadkowie. Z Pakistanu" - pisze o. Józef Glinka SVD z Indonezji.

O. Glinka SVD pracuje w Indonezji od ponad 50 lat. Niedawno obchodził swoje 85 urodziny. Oto jego artykuł.


Adaptacja, po przejściu z seminarium na Flores, na państwowym uniwersytecie Airlangga w Surabaya, nie była łatwa. Współpracownicy i studenci w ogromnej większości byli muzułmanami. A tu zjawił się jakiś biały, w dodatku ksiądz. Jak się do niego ustosunkować, po jakiemu z nim gadać? Czy w swoim kraju nie znalazł pracy, że przyjechał aż tu? Katolicy nie mieli takiego problemu. Poczuli wręcz, że dostali duchowe wsparcie. Studenci zastanawiali się w jakim języku ten obcy będzie prowadził zajęcia. Aby wszystko wyjaśnić, na pierwszym wykładzie, dokładnie się przedstawiłem. Opowiedziałem skąd się wziąłem w Indonezji i dlaczego znalazłem się na tym wydziale. Nadal chciałem być misjonarzem. Uświadomiłem jednak sobie, że tutaj misjonować mogę jedynie prowadząc dialog międzyreligijny i dając dobry przykład. Czy dialog mi się udał? Myślę, że tak. Oto kilka krótkich historii, które mi się przydarzyły.

Podchodzi do mnie młodzieniec i pyta:

– Mister, do you speak Indonesian?

Zapytałem go po indonezyjsku, ile ma lat.Miał 18. Powiedziałem mu, że jego rodzice jeszcze nie byli narzeczonymi, gdy ja już mówiłem po śśindonezyjsku.

Na jednym z wykładów, w pierwszej ławce, usiadła studentka, która mi od razu podpadła, bo jej twarz była jakby nie-indonezyjska. Kolor oczu zupełnie nie ten. Po wykładzie zapytałem ją skąd pochodzi. Wymieniła miasto. Zapytałem więc skąd pochodzą jej rodzice lub dziadkowie. Z Pakistanu. Zdziwiona zapytała, po czym to poznałem. – Po kolorze twoich oczu! Studenci zaczęli sobie nawzajem patrzeć w oczy. A mój autorytet antropologa wzrósł.

Moje asystentki – jedna protestantka, Toetik, i dwie muzułmanki, Mita i Lucy, często przychodziły do mojej biblioteki. Kiedyś, około godziny trzeciej, przyszła Mita. Dla muzułmanów jest to pora, kiedy powinni się modlić.

– Profesorze, czy mogłabym się tu pomodlić? – pyta mnie Mita. – Proszę bardzo! – odpowiadam bez zwłoki.

– Nie mogę się zorientować, gdzie jest kiblat.

Pokazałem jej odpowiedną stronę świata. Zaczęła się modlić – po arabsku. Nie chciałem być gorszy, więc zacząłem odmawiać brewiarz – po łacinie.

Matka Lucy nie była zadowolona, że Lucy często mnie odwiedza. Bała się, że ją nawrócę na katolicyzm. Ktoś mi podarował Koran, a ja ofiarowałem go Lucy. Poleciała do domu.

– Mamo, nie mów już nic złego o moim profesorze. On mi podarował Koran.

Lucy pierwsza wyszła za mąż. Gdy była w ciąży, okazało się, że ma przetokę, która zagraża nerce. Potrzebna była operacja. Ale co będzie z dzieckiem? Modliła się rodzina, modliłem się ja. Przetoka zniknęła. Czy to dzięki naszym modlitwom? Po paru tygodniach zawiadomiła mnie, że znowu jest w szpitalu, bo będzie rodzić. Następnego dnia urodziła się Córka. – Jak się nazywa mama profesora? – pyta mnie Lucy.

– Elisabet - odpowiadam.

– A jak ją wołają na co dzień?

– Liska – odpowiadam zaskoczony. Dała córce na imię Liska. Moja mama na pewno się w niebie cieszy, że w Indonezji ma prawnuczkę. Liska ma do mnie specjalne nabożeństwo, odkąd się dowiedziała, że nosi imię mojej mamy. Jestem jej dziadkiem – opa.

mispopdial jglinka02

W 1998 roku, fanatyczni muzułmanie, chcieli mnie wydalić z uniwersytetu za rzekome nawracanie muzułmańskich studentów na katolicyzm. Gdy się ci moi studenci o tym dowiedzieli, poszli protestować pod rektoratem. W moje 70. (2002) i 80. urodziny zorganizowali seminarium naukowe, na które zaprosili moich kolegów z innych uczelni. Kiedy zaprotestowałem przeciw temu świętowaniu odpowiedzieli:

– Kiedyś profesora potraktowali jak śmieć, dlatego chcemy tym durniom pokazać, kim profesor jest! Przez ten cały czas nauczyłem się dużo o islamie i o muzułmanach. Umiem już odróżniać pomiędzy religią a kulturą. To jest bardzo ważne w prowadzeniu dialogu.

Pewnego razu na radzie senatu usiadłem koło prof. Daldiri, stuprocentowego muzułmanina. Parę dni wcześniej w Mina, gdzie muzułmanie „kamieniują diabła”, stratowało się ponad sto osób. Zapytałem go, jak to jest możliwe? On nie odpowiedział na moje pytanie, tylko od razu huknął:

– Arabowie to świnie. Nie sprawdzali, czy ktoś jeszcze żyje, tylko wrzucali wszystkich na ciężarówkę, odwozili na cmentarz i od razu zakopywali.

– Arabowie są muzułmanami, pan jest muzułmaninem, a pan ich nazywa świniami. To tu nie muzułmanin przez pana mówi, ale jawajczyk – skomentowałem.

Zamurowało go moje stwierdzenie. Nigdy wcześniej tak o tym nie pomyślał. Podobne dyskusje prowadziłem z absolwentami teologii islamskiej. Te rozmowy przyczyniły się chyba do zaproszenia mnie jako egzaminatora przy doktoratach na wydziale teologii islamu. A gdy świętowałem swój ju­bileusz 60-lecia, grupa studentów przyszła do mnie z gratulacjami. Skład wyznaniowy tej grupy – jeden katolik, jedna protestantka i siedmiu muzułmanów.

Za: Komunikaty SVD (styczeń 2018)

0
0
0
s2sdefault

Polecamy

  • 1