Odwołam się do doświadczeń okołostołowych. Pewnie każdy kiedyś w czymś takim uczestniczył. Ciepłe popołudnie, niedziela, otwarte okna, rodzina przy stole. Na stole rosołek, mięsko, zimna płyta, naleweczki wujka Waldka albo babci Janki. Przy stole dorośli, w kuchni przy małym stoliku dzieci zajmują się sobą. Do pewnego czasu między dwoma stołami panuje towarzyski rozjem i względnym brak interakcji. Ale po jakimś czasie, wiemy jak jest.

Okazuje się, że w podgrupie wiekowej młodszej jest jakiś talent: Michaś, Adaś albo inna Zosia. I ona coś umie. I chodź tu, Michałku, Adasiu czy Zosiu, pokaż wszystkim jak żonglujesz cytrynami/ recytujesz wspak wierszyk czy co tam jeszcze was w tym przedszkolu nauczyli.

I rzeczony Michaś, Adaś czy inna Zosia z lekkim wstydzioszkiem stawia się przed audytorium, koło stołu i odpala swoje fajerwerki. Część odwrócona plecami w ogóle nie wie, co się dzieje, część zwrócona twarzą do sceny ze sztucznym entuzjazmem podziwia występ, przesadzając z zachwytami i oklaskami, może nawet domagając się bisu. Chwila gwaru i znów dwa stoły zajmują się sobą i treściami spożywczymi.

Czasem można odnieść wrażenie, że w ten właśnie sposób reagujemy na Zmartwychwstanie i doroczny obchód tej Tajemnicy. Jesteśmy troszkę jak ta nieco rozbawiona i jednocześnie znudzona rodzina przy stole. Nagle wpada jakaś gwiazda, robi małe show, po nim jest małe wow i wracamy do konsumpcji, łaskawie na moment odwróciwszy głowę w kierunku atrakcji. I życie toczy się dalej, wracamy do zawieszonych na moment rozmów, do tych wszystkich ważnych spraw.

Bywa, że ten klimat niedzielnego podwieczorku, cichaczem przenika to, jak przeżywamy misterium Paschalne we wspólnotach, parafiach. Plastikowe paschały, nad którymi się już kiedyś wyzłośliwiałem czy wino w cenie zapalniczki w ampułkach na ołtarzu. Albo kreatywne podejście do liturgii słowa, dwa czytania z ośmiu, bo szybciej. I bez homilii, bo już i tak nikt nie słucha. Szczytem tego czasu seryjny koszyczek.

Można by tak wymieniać, bo to mi dobrze wychodzi. Ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, żebyśmy temu Dziecku, które wstaje od swojego stołu tylko dla nas, które na ten jeden moment daje nam z siebie absolutnie wszystko, co ma, poświęcili tyle uwagi, na ile zasługuje. A On nie przyszedł po to, żeby nas zabawić, a zbawić. Subtelna różnica. Bo patrzeć a ujrzeć to coś zupełnie innego. Ewangelia przynosi nam jedno z najkrótszych, a najpotężniejszych zdań - świadectw, jakie znam: ‘Ujrzał i uwierzył’. I tego Wam, i wszystkim, z którymi się spotkacie, życzę.

Maciej Baron SVD

0
0
0
s2sdefault