Kulturowa interakcja między misjami katolickimi a miejscową ludnością w Chinach

Misjonarze wykazywali niewielkie zrozumienie wobec uczuć patriotycznych Chińczyków. Być może było to spowodowane europejskim poczuciem wyższości oraz trudnością w odróżnieniu wrogiego nastawienia wobec obcokrajowców od nastawienia antychrześcijańskiego.

Zgodnie z tradycyjną pracą duszpasterską misjonarze w Chinach byli zatroskani o zbawienie poszczególnych chrześcijan, a nie o sprawy narodu.

Artykuł autorstwa Jaca Kuepersa
pochodzi z biuletynu ”Chiny Dzisiaj",
Rok VIII (2013), Nr 2(27), s. 31-39. 

 

I. Zrozumieć katolicką misję:
Kim byli katoliccy misjonarze, co było ich celem i jak widzieli swoją pracę?

Katoliccy misjonarze pracowali z głęboko religijną motywacją i poświęcili całe swoje życie dla misji; nie zawierali małżeństw i dołączali do wspólnoty misyjnej na całe życie. Zgodnie z Ewangelią Chrystusa uznali się za posłanych, aby wypełniać misję zbawienia ludzi od wiecznego potępienia oraz by głosić ludziom Dobrą Nowinę, dzięki której można osiągnąć zbawienie. Rozumieli swoje powołanie jako niebiański nakaz, który wykracza poza cele świeckich instytucji i realizowali go nawet z narażeniem życia. Takie podejście dało im bardzo silne poczucie spełniania misji.

Przybyli do Chin pojedynczo, z własnej inicjatywy; oczekiwali nagrody jedynie w niebie, a nie na ziemi w postaci pieniędzy. Nie pojmowali swej misji jako służby własnemu krajowi (tworzyli wspólnoty międzynarodowe); ich pragnieniem było szerzenie Królestwa Bożego.

W tamtym czasie większość z nich nigdy nie wracała do swojego rodzinnego domu; zostali pochowani wśród ludzi, wśród których pracowali. Misjonarze ci pochodzili głównie z obszarów wiejskich Europy i poza podstawowym teologicznym wykształceniem nie byli specjalnie przygotowani do pracy w Chinach; uczyli się jej przez praktykę, już na miejscu.

Troszczyli się o dusze, łącząc ludzi we wspólnoty religijne oraz zapewniając im religijną posługę, takie jak sakramenty, liturgia, modlitwy itp. Czynili to, wzorując się na swoich rodzinnych parafiach. Gdy było to możliwe, troszczyli się również o potrzeby materialne ludzi, organizując pomoc dla ubogich, domy dla sierot i starców, szkoły dla młodzieży oraz domagając się sprawiedliwości dla uciśnionych. Utrzymywali się głównie z małych datków, przekazywanych przez katolików, szczególnie z niemieckojęzycznych krajów Europy.

W związku z nadrzędnym celem ratowania dusz, ich społeczne relacje z ludźmi, jak i kulturowy kontekst były uważane za drugorzędne. Jednakże poprzez organizowanie chrześcijan we wspólnoty, mieli oni wpływ na społeczeństwo jako całość, co wywoływało sprzeciw lokalnych przywódców. Misjonarze nalegali, by uzgodnienia traktatu z Tianjin (1858) zawartego między Chinami a Wielką Brytanią i Francją, były wprowadzone w życie w Chinach tak, by mogli przepowiadać Ewangelię na obszarze całego kraju oraz nabywać nieruchomości; żądali też protekcji dla swoich chińskich konwertytów. W niektórych miejscach nie mogli nauczać z powodu lokalnej opozycji; niekiedy zaś ludzie, którzy chcieli stać się chrześcijanami, byli nękani i prześladowani.

Pierwszym krokiem podejmowanym w takich sytuacjach przez misjonarzy była próba negocjacji z przeciwnikami, by doprowadzić do pojednania, co byłoby najkorzystniejsze dla przyszłych wzajemnych relacji. Gdy to nie skutkowało, próbowano uregulować sprawy na drodze sądowej w lokalnym urzędzie mandaryna, a jeśli po jakimś czasie i to nie przynosiło rozwiązania, misjonarze odwoływali się do gubernatora i, ostatecznie, do zagranicznych poselstw w Pekinie. W czasie negocjacji i podczas rozpraw sądowych musieli polegać na swoich katechetach i urzędnikach (literati)2 chrześcijańskich.

Z powodu wielu lokalnych napięć i kontrowersji istniejących w danych społecznościach przed przybyciem misjonarzy, czasami byli oni wprowadzani w błąd i wplątywani w lokalne konflikty. Chcąc chronić niewinnych chrześcijan, misjonarze często czuli się jednak zobowiązani, by oddać sprawę na drogę sądową.

Odnośnie prawa zezwalającego na prowadzenie działalności w głębi kraju i uzyskania pozwolenia na zakładanie stacji misyjnych w celu głoszenia Ewangelii, misjonarze postrzegali je nie tylko jako prawo wynikające z traktatu, ale również jako prawo dane przez Boga, niezależne od mocarstw, które mogły je tylko egzekwować. Już setki lat przed traktatem misjonarze pracowali w Chinach, narażając się na niebezpieczeństwo utraty życia.

Taka była praca misyjna od samego początku chrześcijaństwa i misjonarze zawsze byli świadomi tego, że mogą ich spotkać prześladowania, a możliwość męczeństwa stanowiła część ich powołania.

Wydaje się, że nie przeszkadzało misjonarzom to, że prawa te zostały wymuszone na Chinach w nierównoprawnych traktatach. Zapewne nie mogli też być zbyt krytyczni, ponieważ w sytuacji niechęci wobec obcych istniejącej w społeczeństwie, była to sprawa życia i śmierci dla nich i dla misji. Wykorzystywali protektorat, kierowani troską o swoje misje i ochroną chrześcijan.

Misjonarze wykazywali niewielkie zrozumienie wobec uczuć patriotycznych Chińczyków. Być może było to spowodowane europejskim poczuciem wyższości oraz trudnością w odróżnieniu wrogiego nastawienia wobec obcokrajowców od nastawienia antychrześcijańskiego. Zgodnie z tradycyjną pracą duszpasterską misjonarze w Chinach byli zatroskani o zbawienie poszczególnych chrześcijan, a nie o sprawy narodu.

Polityka w ich rozumieniu było poza odpowiedzialnością zwyczajnego misjonarza i pozostawiono ją politykom. Jednak przełożony misji, w tym przypadku biskup Anzer, używał polityki do zapewnienia bezpieczeństwa misji, zarówno w kontaktach z zagranicznymi poselstwami w Pekinie, jak i z rządem w Berlinie.

W ten sposób misja została uwikłana w politykę zagranicznych mocarstw i to właśnie zaważyło najbardziej w czasie powstania bokserów.

Dla zobrazowania sytuacji, przedstawione zostaną opinie niektórych misjonarzy odnośnie swej pracy wśród Chińczyków. Patrząc z perspektywy dwóch lat przygotowania się do bycia misjonarzem w Saikung [Xigong], w Hongkongu, o. Freinademetz napisał w sierpniu 1881:

Przyjazd do Chin jako młodego misjonarza był dla mnie „jakby przebudzeniem z głębokiego snu”. Nagle znalazłem się w nowym świecie, i to w jakim świecie? Wszystko się zmieniło, ja sam nie byłem wyjątkiem: długi warkocz w miejsce kapłańskiej tonsury; płaszcz chińskiego nauczyciela zamiast kapłańskiej sutanny; widać szeroką turecką bluzę, białe skarpety i filcowe buty, i jeśli nawet nic więcej nie byłoby wymagane, to po prostu trzeba było zostawić „starego” człowieka, a przybrać postać „nowego”. Ale najważniejsze jest jeszcze do zrobienia – przemiana wewnętrznej osoby: nauczyć się chińskiego sposobu patrzenia na rzeczy, więcej, chińskich zwyczajów; poznać chiński charakter i chińskie postawy.

Nie można tego zrobić w ciągu jednego dnia, a nawet w przeciągu roku, i bez bolesnych zabiegów. To, co codziennie widzę, słyszę i czego doświadczam, często bardzo kontrastuje z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami i coraz bardziej oczywiste stały się dla mnie słowa czcigodnego wikariusza z Hongkongu: „Jeżeli nie wiesz, co powinieneś zrobić, wykonaj coś przeciwnego do tego, co zrobiłbyś w Europie, a będzie dobrze”. [...] Pewien starszy misjonarz powiedział mi, że trzyma się następującej zasady: „misjonarz jest znienawidzony przez wielu, tolerowany przez nielicznych, przez nikogo nie jest kochany”.

Najtrudniejsza do zrozumienia i najbardziej gorzka dla młodego misjonarza jest i będzie religijna obojętność mieszkańca Państwa Środka. Marzył on, aby stanąć z krzyżem w ręku przed niezliczoną liczbą oczekujących i spragnionych zbawienia, którzy przyjęliby każde słowo pochodzące z ust misjonarza i zbierali je jak ziarnko złota, by je sumiennie strzec. Marzył, że będzie głosić pocieszającą prawdę naszej świętej religii [...] i wtedy na pewno wszyscy się nawrócą, co byłoby tak naturalne, tak przekonujące, tak poruszające: któż byłby w stanie się oprzeć?

Teraz powiem wam, w co obraca się większość wysiłków, żeby nawrócić ludzi. Misjonarz, gdy zwróci na siebie uwagę słuchaczy, mówi: „A teraz, drodzy bracia, czy wiecie, że nie jesteśmy na zawsze na tym świecie, bez względu na to, jak bardzo jesteśmy bogaci... Na co jeden Chińczyk mówi do swojego sąsiada: „Spójrz na ten duży nos tego zagranicznego diabła!” lub „Dobrze, dobrze, ojcze duchowny, czy miałeś już coś do jedzenia?”. [...]

Takie sytuacje młody misjonarz odczuwa jako najbardziej przykre. Przyjechał z Europy z wielkim entuzjazmem; chciał, by od chrzczenia i przepowiadania wieczorem jego ręce opadały z wyczerpania i żeby co roku przed jego oczami niektóre świątynie padały i zamieniały się w ruiny i były zastąpione kościołami [...].

W liście z powiatu Yishui, w 1883 o. Freinademetz pisze:

Ubóstwo większości górali byłoby nie do pomyślenia w Europie; Chińczycy bardziej je tolerują: z jednej strony, dlatego, że Chińczyk jest do tego przyzwyczajony, a z drugiej strony Chińczyk z natury łatwo się zadawala, poza tym za bardzo nie martwi się o przyszłość. Jeśli tylko ma wystarczająco dużo jedzenia na dziś, to jutro będzie znowu myślał co dalej. […]

Nic na świecie nie przewyższy chińskiej uprzejmości i wartości rodziny. Nawet jeżeli są to prości górale, to pod tym względem nie ma różnicy pomiędzy nimi a wykształconymi ludźmi z miast. Gdy przyjedziesz do jakiegoś domu, wszyscy wstają, podobnie, kiedy opuszczasz ten dom, będą ci towarzyszyć jeszcze kilka kroków; nazywają cię też swoim bratem lub kuzynem, w zależności od wieku. Gdy podróżując, zapytasz o drogę, nawet jeśli jest to jakiś żebrak, należy zwrócić się do niego jak do brata, kuzyna lub mistrza, gdyż inaczej nie otrzyma się odpowiedzi. [...] Często jestem zdumiony wiedzą prostych rolników. Nieraz znają dosyć dobrze liczącą 5000 lat historię swojego kraju; zwykły człowiek często cytuje też wypowiedzi Świętego Człowieka, jak nazywają Konfucjusza, i każdy ma kilka najbardziej znaczących przysłów w zanadrzu. Pomimo iż nigdy nie studiowali matematyki, radzą sobie z rachunkowością i ułamkami znacznie szybciej i pewniej niż Europejczycy […]

Krótko mówiąc, jestem zaskoczony, jak pogaństwo w ciągu wieków zachowało tyle dobrego. Jednakże serce jest formowane przez chrześcijaństwo. Dlatego niepohamowana duma, w szczególności chińskich urzędników (literati), sprawia, że uważają Chiny za centrum świata, a to utrudnia dostrzeżenie tego, co jest poza nimi i uznanie, że inne ludy mają coś lepszego niż oni sami. Ta diabelska duma, która przez wieki odrzucała swego Boga i zbaczała z drogi Chrystusa! Pieniądze i honor, honor i pieniądze, dwa bożki czczone przez wszystkich w Chinach...

Najbardziej wyszukana chytrość jest tym, nad czym wzdychali zarówno starzy, jak i młodzi misjonarze. Jeśli ktoś mówi, że jeden Żyd oszuka 10 chrześcijan, a jeden Chińczyk 10 Żydów, to coś w tym jest. Och, jak często Chińczycy mnie nabrali! Wszędzie kłamstwa, nieszczerość, oszukiwanie, fałszerstwo, kręcenie, tak, że nie wiadomo, komu wierzyć, co robić3.

Kiedy o. Freinademetz 15 sierpnia 1886 r. złożył śluby wieczyste, napisał w swoim dzienniku:

Ja z Bożej łaski i dzięki przełożonym ślubowałem [śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa na zawsze]. A teraz, bracie Józefie, kości zostały rzucone: módl się, pracuj, cierp i znoś. Całe twoje życie dla twoich drogich Chińczyków, tak, abyś, gdy u zmierzchu życia położysz się, by umrzeć, mógł położyć się spać obok i razem z twoimi drogimi Chińczykami. Do widzenia, po raz ostatni życzę Ci wszystkiego najlepszego, moja droga ojczyzno daleko za morzami4.

O. Buecker, który miał dobre kontakty z urzędnikami (literati), 28 października 1884 napisał z Wangzhuang list5. O europejskich stereotypach na temat Chin pisze w nim w ten sposób:

Gdybyś tylko poznał Chiny! Tak wytwornie wykształceni ludzie! Najbardziej wyszukany Europejczyk (według mnie wykształcony Francuz) w rozmowie i zachowaniu nie dorówna nawet w połowie poziomowi grzeczności dystyngowanego Chińczyka. Ubranie, jedzenie itp. przewyższają zdecydowanie europejskie obyczaje i styl życia [...] W porównaniu z Niemcami, Chińczycy wyróżniają się kilkoma zaletami. Żyją znacznie czyściej i bardziej moralnie aniżeli większość Europejczyków, tak przynajmniej twierdzę na podstawie osobistego doświadczenia w prowincji Shandong. Nie można też prześcignąć sprytu Chińczyków!

Ponieważ o. Buecker mówił bardzo dobrze po chińsku i wiedział, jak postępować z mandarynami w sprawach sądowych, był często wysyłany do różnych miast, aby reprezentować chrześcijan oraz by zagwarantować przestrzeganie prawa i wolności religijnej. „Wtedy biorę ze sobą dwóch urzędników (literati) i dwóch służących. W trybunałach w Chinach wszystko jest bardzo pompatyczne: mandaryński ubiór, okazałe nakrycie głowy, służba, wszystko jest dokładnie przepisane. Chiński ceremoniał wzajemnych relacji jest sto razy bardziej skomplikowany aniżeli etykieta w Europie, ale odznacza się też stokrotnie większym znaczeniem i pięknem. Dużo czasu zajmuje zrozumienie tego, kto pełni jaką rolę. Jeśli ktoś nie ma wystarczająco chińskiego sprytu, powinien trzymać się z dala od sądów, w przeciwnym razie zostanie mu wytknięte każde potknięcie”.

 

II. Zrozumieć stronę chińską

W oparciu o fakty i wiedzę na temat reakcji ludności, której przewodzili urzędnicy (literati) w czasie ostatniej dynastii Qing, powstała przedstawiona niżej analiza. Może być ona pomocna w lepszym zrozumieniu strony chińskiej, zwłaszcza chińskich intelektualistów6.

Po pierwsze: misja była postrzegana przez urzędników (literati) jako ruch, który poprzez swoją obcą ideologię i ekspansywną działalność zagrażał świętemu i sprawdzonemu konfucjańskiemu porządkowi społecznemu, który należało utrzymać za wszelką cenę. Prywatnie w Chinach każdy mógł wierzyć w to, co chciał, tak długo, jak czynnie nie sprzeciwiał się tradycyjnemu systemowi wartości. Wśród daoistów zawsze wyznawano idee zupełnie odmienne od konfucjańskich. Prześladowano ich jednak dopiero wówczas, gdy, jak w wypadku tajnych stowarzyszeń, dobrze się organizowali.

W chińskiej armii byli też wysokiej rangi islamscy generałowie, również na terenach, gdzie nie było muzułmanów. Nawet całe grupy przedstawicieli innych wyznań religijnych, jak np. muzułmanie, którzy w Yanzhoufu mieli swoje meczety, mogły żyć bez przeszkód, tak długo, dopóki nie propagowali swojej wiary lub zbyt mocno nie domagali się swoich praw jako oddzielna grupa. Gdy podejmowali takie działania, jak pokazuje historia Chin, byli prześladowani.

Inną stosowaną opcją było sklasyfikowanie ich jako grupy etnicznej, nie-Chińczyków i odseparowanie od reszty społeczeństwa, przez co stawali się nieszkodliwi.

Istniały tylko dwie możliwości dla ich życia w tym kraju: całkowite wchłonięcie przez kulturowo chińskie społeczeństwo, jak to się stało z większością grup etnicznych, które dokonały inwazji Chin w historii, lub istnienie w formie getta, jak to było w przypadku ideologicznie silnej grupy muzułmanów.

W tym samym kluczu społeczeństwo zakwalifikowało chrześcijan: nazywano ich zdrajcami kraju, bękartami chińskimi, a podczas jednego spisu ludności nie uznano ich za chińskich obywateli7. Oskarżano ich o naśladowanie obcych obyczajów. Chociaż chrześcijaństwo jako doktryna było bez większych trudności dozwolone przez cesarza, gdyż nakazywało ludziom czynienie dobra, to jednak misję chrześcijańską podejrzewano o to, że psuje fundamenty chińskiego społeczeństwa.

Wydawało się, że Kościół uderza w kamień węgielny, na którym opierało się chińskie społeczeństwo, a mianowicie w szacunek dla rodziców, ponieważ zabraniał uczestnictwa w kulcie przodków i w tradycyjnych obrzędach pogrzebowych rodziców; że relatywizuje absolutne prawo rodziców do wyboru współmałżonka dla dzieci. Ponadto Kościół naruszył także całkowitą zależność kobiet od mężczyzn, ponieważ wymagał od kobiety osobistej decyzji dotyczącej wiary, a nie tylko bycia reprezentowaną przez mężczyznę oraz osobistego uczestniczenia w liturgii, na równych prawach z mężczyznami. W końcu, „wywracał do góry nogami” tradycyjny system wartości, ponieważ wydawało się, że przenosi złe elementy do całej wspólnoty.

Jeżeli w ten sposób podważano autorytet, niszczono porządek między płciami i nie było rozróżnienia między dobrem a złem, można było spodziewać się tylko czegoś najgorszego dla społeczeństwa. Jak mogło być coś dobrego w takim ruchu! Zmiany w rodzinach oznaczały zmiany w państwie.

Niezwykle oszczercze pamflety i plotki przeciwko chrześcijaństwu, zwłaszcza w dziedzinie seksualności, mogą być postrzegane jako projekcje głębokiego strachu, że społeczeństwu grozi stoczenie się z powrotem do poziomu barbarzyństwa, a ludzie staną się gorsi od zwierząt. Inspirujące się chrześcijaństwem powstanie tajpingów (1851–1864), które kilka lat wcześniej opanowało dużą część Chin i w rzeczywistości zrewolucjonizowało całe społeczeństwo, pokazało, że podobne obawy nie były pozbawione podstaw. Tajpingowie proklamowali, na przykład, całkowitą równość kobiet: mogły one uczestniczyć w egzaminach i zajmować stanowiska w urzędach i firmach, a małżeństwo było oparte wyłącznie na miłości pomiędzy dwoma partnerami. Bałagan, który towarzyszył temu ruchowi i jego tłumieniu, pozostawał jeszcze świeżo w pamięci8.

To podejrzenie wobec misji dodatkowo wzmacniał fakt, że jej przywódcy byli cudzoziemcami i należeli do mocarstw zachodnich, które chciały wykorzystać i podbić Chiny. Podbiły już całą Azję Południowo-Wschodnią, a wojna opiumowa (1840–1842), brytyjsko-francuska ekspedycja do Pekinu (1860) i chińsko-francuska wojna w Annam na granicy Chin (1884–1885) wskazywały, że wszystkie te mocarstwa miały wobec Chin ten sam zamiar. Misja imponowała tym grupom, które szukały głębszego religijnego doświadczenia: członkom tajemniczych sekt, ludziom z marginesu społecznego, biednym, którzy oczekiwali opieki. Poza tym, do Kościoła dołączyli także niektórzy urzędnicy (literati) niższej rangi, nie zajmujący żadnego stanowiska.

Jest bardzo wątpliwe, czy chrześcijaństwo jako niezależny ruch, jako Kościół, kiedykolwiek miałoby szansę, nawet jeśli nie byłoby powiązane z imperializmem. Sprzeczność pomiędzy misją a konfucjańskim społeczeństwem nie wynikała jedynie z nieporozumień, ale istniała pomiędzy nimi różnica co do podstawowych wartości. Szczególnie szacunek dla ludzi w chrześcijaństwie opiera się na osobie, w konfucjańskim państwie natomiast na wzajemnych relacjach: syn słucha ojca, kobieta swego męża; to relacje, w pierwszym rzędzie, formują świadomość. Nawet w XVII wieku misja była tolerowana, ponieważ tak długo, jak była związana z wyższymi warstwami społeczeństwa, to jest funkcjonowała na dworze cesarza, była zintegrowana i kontrolowana przez osoby o wysokiej pozycji społecznej.

Wydaje się, że na przestrzeni dziejów chrześcijaństwo mogłoby podzielić los daoizmu i buddyzmu w Chinach: pozostałoby religią, Kościołem odrzuconym i zredukowanym do małych sekciarskich grup, bez jakiegokolwiek wpływu na społeczeństwo.

Po drugie: interwencję na rzecz praw misji i chrześcijan uznawano za ingerencję w chińskie społeczeństwo. Tradycyjnie cudzoziemcy nie mieli absolutnego prawa w Chinach w tym znaczeniu, że nie mogli się go domagać. Cnotą cesarską było dobre traktowanie ludzi, którzy przybyli z daleka jako goście. Misjonarze jednak powoływali się na prawa wymuszone traktatami, domagali się eksterytorialności i zajmowali takie same wpływowe pozycje jak urzędnicy (literati). Stawali po stronie tych, którzy w oczach urzędników (literati) należeli do niższych grup społecznych: chrześcijan, ludzi o niskiej proweniencji i podejrzanych o brak patriotycznych postaw. Zrozumiałe jest więc, że budziło to gorycz, nawet jeśli misjonarze domagali się swoich praw, uzasadniając to w sposób racjonalny.

Dla mandarynów istnienie misji w dystryktach (powiatach) było bardzo irytujące. Bez misji byliby panami bez większego nadzoru na ich terytorium, przynajmniej wobec pospólstwa, mimo iż konieczna była współpraca z urzędnikami (literati) oraz właścicielami ziemskimi. Natomiast misjonarze obserwowali ich postępowanie w stosunku do prostych chrześcijan i mogli pociągnąć ich do odpowiedzialności. A kiedy, według misjonarzy, nadal postępowali z wrogością, mogli nawet zostać ukarani. Choć kary te z powodu niekorzystnego nastawienia wobec misji, rzadko były naprawdę egzekwowane, to mimo wszystko możliwość kary była już wystarczająco drażniąca.

Inne możliwe konflikty mogły mieć miejsce, kiedy misjonarze starali się dochodzić swoich uprzywilejowanych praw, szczególnej ochrony swej osoby i mienia, które zostały wprowadzone wbrew silnej lokalnej opozycji z pomocą obcych mocarstw. Aby nie lekceważyć sprzeciwu jako czegoś niesprawiedliwego, jak widzieli to misjonarze, należy postrzegać chińskie prawo nie jako porządkujące własność, ale jako prawo kryminalne na rzecz społecznej moralności, to znaczy konfucjańskiego systemu wartości rodziny i społeczeństwa z jego pięcioma fundamentalnymi, hierarchicznymi i międzyosobowymi relacjami: władca – poddany, mąż – żona, starszy brat – młodszy brat, przyjaciel – przyjaciel.

Na przykład zbesztanie rodziców czy dziadków odbierało mowę, podczas gdy można było bezkarnie karcić innych ludzi. Wśród dziesięciu najpoważniejszych przestępstw, które wykluczały ułaskawienie lub amnestię, były między innymi te trzy: planowana zdrada, brak synowskiego szacunku, naruszenie jedności rodziny.

W wymiarze sprawiedliwości nie były one kwestią poszanowania dóbr, ale wartości9 . Dlatego też w Yanzhoufu odmówienie dostępu misji do miasta uważano za całkowicie zgodne z prawem, ponieważ misję traktowano jako zagrożenie dla moralności społecznej. Pogwałcenie prawa do nieograniczonej terytorialnie działalności misyjnej lub nieprzestrzeganie praw majątkowych misji (np. dotyczących domów, które misja miała w mieście), były w porównaniu z tym zagrożeniem bez znaczenia. Tak samo działanie na niekorzyść chrześcijan nie było traktowane tak poważnie, jak podejrzenie, że chrześcijanie nawracając, naruszają harmonię chińskiego społeczeństwa poprzez niepatriotyczne, a nawet zdradliwe nastawienie, i to właśnie w czasie, kiedy kraj jest zagrożony z zewnątrz. Poprawne relacje międzyludzkie były o wiele ważniejsze aniżeli prawo do osobistych przekonań. Dlatego samą obecność misji i obronę jej praw odbierano jako ingerencję w sprawy chińskiego społeczeństwa.

Po trzecie: incydenty związane z misjami, przyczyniły się do osłabienia władzy mandarynów. Sprawy misji nastręczyły im problemów: jeśli, zgodnie z traktatami, popierali misjonarzy, wtedy tracili poparcie urzędników (literati), bez których z kolei nie mogli rządzić na swoim obszarze. Mandaryni często byli przenoszeni, nie znali sytuacji lokalnej, czasem nawet lokalnego dialektu, ponieważ na te stanowiska mianowano osoby spoza prowincji ich pochodzenia. Byli zależni od personelu niższego lokalnego szczebla i ośmielali się odwoływać do nadrzędnego zarządu prowincji tylko w ostateczności. Bez dobrej woli lokalnych urzędników (literati) byli bezsilni. Jeśli popierali przeciwników misji, mogli zostać ukarani przez swoich przełożonych, ponieważ Ministerstwu Spraw Zagranicznych zależało na wdrożeniu traktatów w życie ze względu na słabą pozycję Chin na arenie międzynarodowej.

Wraz z pojawieniem się misji, lokalni mandaryni stanęli wobec dylematu. W takiej sytuacji reagowali w trojaki sposób: większość mandarynów próbowała jak najdłużej pozostać biernymi wobec lokalnej opozycji, która była silna; mniejsza grupa popierała lub nawet zachęcała do sprzeciwu wobec misji; niektórzy zaś pracowali dla utrzymania porządku, również dla misji. Jednak w większości przypadków, albo władza centralna albo lokalna została podważona.

Po czwarte: misję postrzegano jako przedłużenie polityki imperialistycznych mocarstw zagranicznych. Działo się tak, ponieważ dla ludności w głębi kraju misjonarze byli jedynymi przedstawicielami obcych mocarstw, których spotykali, a także dlatego, że misja wykorzystywała potęgę tych krajów, by móc działać na nowych obszarach. Ludzie nie potrafili zrozumieć, że zagraniczni misjonarze nie reprezentują swoich krajów, lecz przybyli z własnej inicjatywy tylko po to, by próbować im pomóc w zbawieniu.

Od wojny opiumowej pogłoski o barbarzyńskich obcokrajowcach, którzy chcieli podbić kraj, powoli przenikały wszystkie warstwy społeczeństwa, także w głębi kraju. Zrozumiałe jest, że ten uraz przeciwko cudzoziemcom przenoszono na jedynych obcokrajowców, których spotkano, czyli na misjonarzy, zwłaszcza tam, gdzie niechęć ta była podsycana przez urzędników (literati). Poprzez osobiste znajomości można było to negatywne nastawienie przezwyciężyć, ale zwykle tylko chrześcijanie mieli bliższy kontakt z nielicznymi misjonarzami.

Ponadto, od kiedy misja liczyła na pomoc mocarstw, dochodząc swoich praw wbrew woli przywódców lokalnej społeczności, wpływ obcych mocarstw odczuwało się w całym kraju. Te różne czynniki wpłynęły na to, iż przesłanie ewangeliczne misji uznawano za niewiarygodne.

 

Podsumowanie i wnioski końcowe

Katolicką misję w południowym Shandongu zainicjowano w 1882 r. w celu założenia pierwszych chrześcijańskich wspólnot w tamtejszych wioskach i miastach. Odniosła ona największy sukces wśród religijnych sekt oraz wśród prostych i ubogich rolników. Małe grupy licznych sekt religijnych, które szukały zbawienia w czasie społecznego upadku późnego okresu dynastii Qing, znalazły drogę do chrześcijaństwa i one, dzięki posiadanym już strukturom i praktykom religijnym, utworzyły od samego początku najbardziej stabilne wspólnoty chrześcijańskie, które służyły jako centra do dalszej ewangelizacji.

Prości i ubodzy rolnicy w pierwszej chwili zachwycili się wpływem, jaki miał Kościół i na nim chcieli oprzeć swoją pozycję w wiejskiej społeczności. Ale część z nich przystąpiła ostatecznie do Kościoła ze względu na podstawową potrzebę religijną i podkreślaną przez misjonarzy perspektywę zbawienia ich dusz w niebie.

Chrześcijaństwo od początku traktowano podejrzliwie; już od czasów konfrontacji z chrześcijaństwem w XVI w. ludzie związani z ortodoksyjnym nurtem w konfucjanizmie produkowali wiele podjudzających pamfletów i złośliwych plotek. W tradycyjnym, jednolitym społeczeństwie chińskim istniał naturalny sprzeciw wobec zmian, które pojawiały się wraz z zakładaniem nowych wspólnot chrześcijańskich. W rodzinach sprzeciwiano się chrześcijanom, ponieważ nie brali udziału w kulcie przodków, w niektórych zwyczajach ślubnych i obrzędach pogrzebowych, przez które wyrażano przynależność rodzinną.

W wioskach powstała opozycja przeciw chrześcijanom, ponieważ byli oni zwolnieni z opłat na rzecz świątynnych celebracji i, co więcej, przełamali społeczną dominację urzędników (literati) i właścicieli ziemskich przez łączność z silną pozycją misji katolickiej. Wpływ misji opierał się na eksterytorialności zagranicznych misjonarzy, którzy w ten sposób zajęli w społeczeństwie chińskim tę samą pozycję, jaką zajmowali najbardziej wpływowi urzędnicy (literati).

Misjonarze mieli dostęp do mandarynów i mogli wpływać na nich dzięki nawiązanym przyjacielskim relacjom, a w szczególnych przypadkach także poprzez presję zagranicznych przedstawicielstw w Pekinie. Opór przeciwko misji ujawniał się zwykle wtedy, kiedy rejestrowano pierwszych chrześcijan, gdyż zagrażało to istniejącej równowadze sił w wiosce. Po pierwszej fali niechęci stopniowo znajdowano modus vivendi i zasadniczo chrześcijanie byli akceptowani jako członkowie lokalnych społeczeństw. W sytuacjach, gdy chrześcijanie zachowywali się zarozumiale czy niesprawiedliwie w sporach rodzinnych, nawet te mniejsze konflikty mogły przerodzić się w poważne incydenty, zwłaszcza, kiedy mandaryn był nieprzychylnie nastawiony do obcokrajowców.

Wydaje się, że opozycja przeciwko misji zdaje się wynikać bardziej z lęku Chińczyków przed dominacją obcych mocarstw niż z jakiejkolwiek innej przyczyny. Ponieważ misjonarze liczyli na wsparcie tych samych mocarstw, które próbowały podporządkować sobie Chiny poprzez wyzysk ekonomiczny i dominację polityczną, postrzegano ich jako przedstawicieli tych mocarstw. Taka opinia przeważała wśród bardziej doświadczonych urzędników i literati, zatem trudno było oczekiwać bezstronnego traktowania spraw misji. Im większy był opór, tym bardziej misjonarze odwoływali się do obcych mocarstw. Mimo iż misjonarze często musieli rezygnować ze swoich praw, niekiedy domagali się ich respektowania bardziej, aniżeli pozwalał na to ich status gości i suwerenność chińskiej administracji.

Zwłaszcza oskarżenia, jakie wysuwali przeciwko niektórym urzędnikom, były postrzegane jako ingerencja i sprawiały, że nienawidzono ich w tamtych kręgach. W taki sposób powstał ogólny sprzeciw w przypadku wymuszania dostępu do Yanzhoufu – miasta o ważnej symbolice.

Po roku 1900, kiedy w Chinach zaczęły przeważać prądy modernistyczne i kiedy ludzie zaczęli przyswajać sobie osiągnięcia Zachodu, małe problemy z misją nie prowadziły już do poważnych sprzeciwów. Misjonarze mogli powoli zrywać niebezpieczne powiązania polityczne z imperialistycznymi mocarstwami i całkowicie poświęcić się swej właściwej misji10.

Kulturowe interakcje pomiędzy misjami katolickimi i lokalną społecznością w południowym Shandongu ukazują z jednej strony troskę misjonarzy o zbawienie dusz, a z drugiej strony troskę urzędników (literati), by chronić konfucjańskie społeczeństwo przed barbarzyństwem.

Ze względu na wrogie uczucia wobec obcokrajowców, wywołane przez nacisk obcych mocarstw, zarówno misjonarze, jak i urzędnicy (literati) nie mogli zaangażować się w otwarty dialog. Skutkiem tego była konfrontacja, choć większość władz administracyjnych starała się utrzymać porządek. Obie strony były zranione: misja naruszyła suwerenność kraju, a urzędnicy (literati) odwoływali się do przemocy wobec chrześcijan.

Jednak niewielka grupa Chińczyków mogła przyjąć chrześcijaństwo i praktykować je w swoim życiu, pozostając jednocześnie lojalnymi obywatelami chińskimi. Było to możliwe nie tylko na wsi, ale także w miastach, takich jak np. Yanzhoufu. Chociaż trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby kraj nie otworzył się po roku 1900, wydaje się, że misja nie uczyniłaby szkody społeczeństwu, lecz nawet wzbogaciła je poprzez większą różnorodność kulturową.

_____________________________ 

2 Literati – uczeni-urzędnicy, klasa urzędnicza istniejąca w Chinach od czasów dynastii Sui (581–618 po Chr.) do końca dynastii Qing (1644–1911); mianowana przez cesarza; zajmowała różne szczeble administracji państwowej. Literati posiadali dobrą znajomość m.in. klasycznych ksiąg chińskich i konfucjanizmu oraz sztuki kaligrafii; przechodzili przez surowy system egzaminów cesarskich, by osiągnąć poszczególne stopnie kariery urzędniczej (xiucai, juren, jinshi). Ilekroć w niniejszym tekście chodzi o urzędników literati , nazwa ta jest zamieszczona w tekście, w nawiasie.

3 Josef Freinademetz, Berichte aus der China-Mission, Rome 1973, s. 58-60.

4 Fritz Bornemann, Der selige P.J. Freinademetz 1852-1908. Ein Steyler China-Missionar, Rome 1976, s. 111.

5 Karl Josef Rivinius, Porträt des China-Missionars P. Theodor Buecker SVD, skizziert anhand seiner Briefe, „Verbum SVD” 45 (2004), nr 1, s. 61-99; tu: s. 71-72.

6 Por. Jacobus J.A.M. Kuepers, China und die katholische Mission in Süd Shantung 1882-1900. Die Geschichte einer Konfrontation, Steyl 1974, s.197-205: Podsumowanie i wnioski.

7 Por. Jacobus J.A.M. Kuepers, China und die katholische Missionin Süd-Shantung 1882-1900..., dz. cyt., s. 48.

8 Por. Wolfgang Franke, Das Jahrhundert der chinesischen Revolution 1851-1949, München 1958, s. 47-64.

9 Helmut Wilhelm, Gesellschaft und Staat in China, Hamburg 1960, s. 51-52.

10 Oskarżenia misjonarzy o ciemiężenie przez odwoływanie się do sądów; oskarżenia, że misjonarze bezkrytycznie akceptowali złe elementy w Kościele lub, że pracowali dla obcych mocarstw w południowym Shandongu, nie są udowodnione. Bez wątpienia miały tam miejsce spory między misją a władzami, w których obie strony musiały iść na ustępstwa.

 

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault