neoprezbiterzy top

 

Urodziłem się w Tomaszowie Lubelskim i odebrałem katolickie wychowanie. Praktykowanie wiary i odnoszenie do jej wymogów wielu aspektów życia było dla mnie codziennością, zwłaszcza za sprawą i przykładem mamy. W ogólniaku, zwyczajna dla chłopców burza hormonalna przyciemniła mi zdrowy rozsądek. Snułem zuchwałe plany na życie. Chciałem być podróżnikiem i literatem, nigdy nie podejmować stabilnej pracy zarobkowej. Bezrefleksyjnie krytykowałem panujący system edukacji (dziś krytykuję go świadomie – z perspektywy Objawienia), marnowałem czas i przerzucałem energię na to, co na nią nie zasługiwało. Nigdy jednak nie „poluzowałem” moich związków z Kościołem i mimo wielu upadków przez myśl mi nie przeszło, że mogę odstawić gdzieś na bok życie wiarą, które dla mnie zawsze będzie związane z rozumnie przeżywanym życiem sakramentalnym.

Wezwanie Boże do kapłaństwa zacząłem odczytywać na wakacjach po maturze, ale nie byłem jeszcze na tyle dojrzały, żeby z oddaniem wkroczyć na drogę prowadzącą do święceń. Okazało się, że ta niegotowość posłużyła Panu Bogu do wyklarowania mojego powołania. Podjąłem studia z zakresu etnologii i antropologii kulturowej na KUL-u. Zawsze interesował mnie człowiek i jego kultura w różnych kontekstach i częściach świata, a zgłębianie zagadnień etnologicznych w środowisku katolickim było wyjątkowo przyjemne i owocne. Właśnie tam spotkałem po raz pierwszy werbistów jako wykładowców. Nie zrobili niczego szczególnego, żeby zachęcić mnie do wstąpienia do Zgromadzenia Słowa Bożego. Jednak Pan Bóg wykorzystał ich obecność, by zwrócić moją uwagę na misyjne potrzeby Kościoła i rolę życia zakonnego w misyjnym posługiwaniu. Wcześniej nie miałem pojęcia o istnieniu takiego zgromadzenia, nigdy też nie byłem ministrantem, a przynależność do jakiejkolwiek wspólnoty działającej przy parafii czy uczelni uznawałem za niepotrzebne dziwactwo. 

Gdy ktoś pyta mnie o powołanie, to zazwyczaj interesuje go, jak się je odczytuje. „Jak to jest, kiedy Bóg cię woła? Czy słyszy się jakiś głos? Czy dzieje się coś szczególnego?” Odpowiadam nieszczególnie mądrze, ale prawdziwie: czasem tak, a czasem nie. W moim przypadku nie było żadnego głosu, nie było wydarzeń wyjątkowych. Trochę walki duchowej, trochę wahania, trochę przemyśleń i przede wszystkim relacja z Jezusem Chrystusem. Nie jakaś wystrzałowa i mistyczna, ale zwyczajna: modlitewna i sakramentalna. Po prostu, pewnego razu rozpoznałem w sobie głębokie przekonanie, że moją drogą będzie kapłaństwo misyjne realizowane we wspólnocie zakonnej konkretnego zgromadzenia. Było to w czasie wielkanocnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Ja patrzyłem na Pana, On patrzył na mnie. Rozpoznałem, przyjąłem i poszedłem. Oprócz kilku artykułów z jednego numeru „Misjonarza” i kilku informacji z Internetu nie wiedziałem wtedy o zgromadzeniu nic więcej. Ale poszedłem.

W czasie formacji miałem czas na rozeznanie, czy to moja droga. Jak dotąd, ilekroć chciałem odejść w momentach kryzysowych, wracałem myślami do początku, do pytania, jak się tu znalazłem, a że nie wierzę w przypadki, tylko w Boga, odpowiadałem sobie: „Jezus cię zawołał” i zostawałem na kolejny rok. Wciąż jestem, a 8 września ubiegłego roku powiedziałem Panu, że chcę zostać na zawsze. Tajemnica? Szczególne wybranie? Raczej nie. Po prostu taka jest moja zwyczajność na drodze do zbawienia. Bóg chce, żebym tu się zrealizował, bo to da mi szczęście. On wie wszystko, ja wiem niewiele więcej niż guzik przy koszuli. Stawiam na Niego i powtarzam, jak w Te Deum, „Nie zawstydzę się na wieki”.

Przełożeni posyłają mnie do pracy w Prowincji Węgierskiej zgromadzenia. Choć podziwiam węgierską kulturę i historię, chwalę sobie Węgrów kuchnię, odnajduję się w ich narodowych smutkach, stratach i niespełnionych ambicjach, bo podobne są do polskich, to gdyby ktoś u progu mojej formacji powiedział, że pojadę tak blisko i z własnej woli będę gotów uczyć się ugryjskich słów i struktur językowych, postukałbym palcem po czole. Tymczasem właśnie tak ma być. Dziś rzadko już się dziwię i mimo różnych trudności nie ma tematów, które by mnie przytłaczały i obezwładniały. Z charakteru jestem dość głośny i rozgadany, ale w sercu żyję w ciszy, bo mój Pan dał mi na Krzyżu odpowiedź na wszystko. Powtarzam więc ze spokojem i radością słowa wiersza młodego ks. Karola Wojtyły, które są moim życiowym mottem: „Miłość mi wszystko wyjaśniła, / miłość wszystko rozwiązała – / dlatego uwielbiam tę Miłość, / gdziekolwiek by przebywała (...) Więc w takiej ciszy ukryty ja-liść, / oswobodzony od wiatru, / już się nie troskam o żaden z upadających dni, / gdy wiem, że wszystkie upadną” („Pieśń o Bogu ukrytym”, 1944 r.)

Maciej Szumilak SVD

neoptezbiterzy folderek2020 str a