Pamiętam, jakby to było wczoraj! Mój szalony bieg na samolot w Paryżu, polskie słowa, którymi pewna osoba z obsługi lotniska, pozdrowiła mnie w Abu Dhabi, uczucie, gdy moja stopa pierwszy raz stanęła na australijskiej ziemi. Dziś do powrotu do Polski pozostało mi niecałe 5 miesięcy.

W tym czasie spotkałem wielu wspaniałych ludzi, przeżyłem niezapomniane przygody, wiele nauczyłem się o kulturze aborygeńskiej. Czuję, że pobyt tutaj bardzo mnie zmienił. Poznałem prawdziwą Australię. Nie tę z kolorowych książek o cudach natury i prospektów biur podróży, ale tę biedną, której raczej w telewizji nie pokazują.

Moje doświadczenie misyjne odbywam w Alice Springs. Jest to małe miasteczko położone na pustyni w Centralnej Australii. Wokół niej, w szczerym buszu, znajdują się małe wspólnoty aborygeńskie.

Aborygeni, to bardzo skromni i życzliwi ludzie, z ogromnym poczuciem humoru i wielkim talentem artystycznym. Na początku mojego doświadczenia wszystko wokół było nowe i niezrozumiałe. Na szczęście z czasem stawało się bardziej czytelne.

W tej części Australii Aborygeni mówią w języku arrernte. Na samym początku mojego doświadczenia ludność miejscowa nauczyła mnie podstawowego przywitania: „Werte! Unte mwerre?” (czyt. Łora! Unta mora?), co znaczy: „Witaj! Czy wszystko u Ciebie dobrze?”. Odpowiedź brzmi po prostu: „Kele” (czyt. kala). Gdy na początku znasz podstawowe słowa w języku lokalnym, wtedy ludzie nabierają do Ciebie szacunku i otwierają się przed Tobą. Największą trudnością jest fakt, że zapis słów nijak się ma do ich wymowy.

Nauka języka sprawia mi wiele radości. Przy każdej okazji Aborygeni mają szansę pośmiać się z Polaka, który kaleczy ich język. Dla nich nasz język jest również bardzo egzotyczny i wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa przychodzi im z wielką trudnością.

Na początku kultura, język i pewne zwyczaje, mogą wydawać się dziwne. Z dnia na dzień odkrywałem piękno ich kultury, która, obok rodziny, jest centrum życia. Te dwa filary są przez nich ogromnie strzeżone. Nie jestem w stanie dowiedzieć się wszystkiego, ponieważ nieraz słyszałem odpowiedź, że to nie moja sprawa. Są pewne sfery zarezerwowane tylko dla nich i musimy się z tym pogodzić.

Pamiętam moje pierwsze zdziwienie, kiedy zobaczyłem liczne blizny na rękach Aborygena. Nie zapytałem wprost tylko poczekałem jakiś czas. Pamiętałem, że najpierw należy zbudować między nami zaufanie. Aborygeni muszą kogoś poznać, by zacząć dzielić się swoimi zwyczajami. Co oznaczają te blizny u mężczyzn? Będąc w wiosce, oddalonej ok. 70 km od Alice Springs, otrzymałem odpowiedź. Szczęka dosłownie wylądowała mi na podłodze. Każda blizna oznacza konkretnego członka rodziny, który odszedł do świata przodków. Niektórzy Aborygeni mają blizny dosłownie na całej ręce. Naszła mnie wtedy refleksja, że każda strata bliskiej osoby, pozostawia taki niezatarty ślad na duszy i w sercu. Każda blizna, to historia konkretnej osoby, z którą ktoś był mocno związany.

Aborygeni czasami dzielą się swoimi historiami, często jednak wolą zostawić je dla siebie. Ostatnio, gdy rozmawiałem z jednym z członków wspólnoty, podzielił się ze mną swoimi przeżyciami. Smutną, rzeczą którą usłyszałem było to, że coraz częściej ślady na rękach pozostają po osobach młodych.

Jestem wdzięczny za każdą sekundę spędzoną w Australii. Dzięki niedogodnościom atmosferycznym i innym, mniejszym lub większym przeszkodom, nauczyłem się powstawać. Przez te ostatnie miesiące, które tu spędzę, pragnę chłonąć piękno tej kultury i uczyć się nowych rzeczy, którymi będę mógł podzielić się w Polsce.

Maciej Zieliński SVD
Za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault

Polecamy

  • 1