Z okazji 40-lecia kapłaństwa z misjonarzem werbistą o. Janem Wróblewskim SVD, rektorem Domu Misyjnego Świętego Stanisława Kostki w Chludowie o rodzinie, powołaniu, życiowych błędach i radości bycia księdzem rozmawia Anna Kot.

 

Znamy przypadki, że mali chłopcy całkiem poważnie mówią, że chcą zostać księżmi. Niektórzy nawet nimi zostają. A Ojciec od razu wiedział? 

Wychowałem się w domu, w którym szacunek do Pana Boga, Kościoła, księży był czymś naturalnym i oczywistym. A nawet więcej – kiedy byłem mały, wydawało mi się, że cały świat wierzy w Boga i wszyscy chodzą do kościoła. Inna sprawa, że ten mój świat był wtedy naprawdę maleńki. W każdym razie naturalnym biegiem spraw był fakt, że przyjąłem wczesną Komunię Świętą, a potem byłem ministrantem. Ta ministrantura z kolei doprowadziła do wydarzenia, które mocno wbiło się w moją pamięć, a w konsekwencji zadecydowało o drodze życiowej. Otóż podczas okresowej wizytacji naszej maciejkowickiej parafii przez miejscowego biskupa, którym był wtedy ks. bp Józef Kurpas, jako szef ministrantów witałem go, a potem żegnałem z bukietem kwiatów. I wtedy – pamiętam ten moment – objął mnie ramieniem i spytał: „Może byś został księdzem?”. Byłem wtedy w VIII klasie. 

Czyli doskonały moment do podejmowania decyzji o przyszłej edukacji już pod kątem wyboru zawodu. 

Rzeczywiście, od tamtej pory, kiedy musiałem dokonać jakiegoś wyboru, dotyczącego mojej przyszłości, wciąż miałem w uszach te słowa, wszędzie mi towarzyszyły. 

To jednak trochę za mało, aby nastolatek od razu był pewien, jaką drogę ma wybrać. 

Oczywiście, to jak z ziarnem – pytanie biskupa musiało trafić na podatny grunt. I trafiło.  Nie dość, że wychowanie domowe predestynowało mnie do myślenia o kapłaństwie, to jeszcze świetna praca duszpasterska naszego proboszcza – dodam: bardzo mądrego proboszcza – ks. Ernesta Wernera. Byłem ministrantem aż do matury, a on przez te lata obdarzał mnie coraz większą odpowiedzialnością i zaufaniem. Na pewno w jakiejś mierze miał na mnie wpływ, podziwiałem jego mądrość, pracowitość, otwartość czy pobożność i darzyłem wielkim szacunkiem. Tak więc kapłaństwo nie było dla mnie trudno dostępną egzotyką, ale jawiło mi się jako normalny plan na dobre, uczciwe i szczęśliwe życie. A kiedy dodać do tego środowisko i kolegów z parafii, którzy mieli podobny system wartości, a niektórzy – jak Felek Kubicz – już byli w seminarium, wydaje się, że właściwie chyba nie mogłem zostać nikim innym.

Zdaje się, że podobnie myślała cała Ojca rodzina i wielkiego zaskoczenia ta decyzja nie wywołała.

Na Śląsku, gdzie od dawna dominuje tradycyjny system wartości, koncentrujący się na triadzie “Bóg - Honor - Ojczyzna”, ksiądz w rodzinie był postrzegany jako znak szczególnej łaski. Jeśli chodzi o Mamę, czułem z jej strony całkowite przyzwolenie, a ponieważ już odkąd skończyłem 17 lat, jeździłem co roku na rekolekcje powołaniowe, właściwie przez całą klasę maturalną ona dobrze wiedziała, jaką uczelnię wybiorę po szkole średniej, choć do końca udawałem zainteresowanie architekturą. Te rekolekcje to duża zasługa właśnie Felka Kubicza, który, będąc 6 lat ode mnie starszy, jako kleryk zabierał mnie na wakacje do Pieniężna, gdzie czułem powiew wielkiego świata. Szczerze go lubiłem, bo miał fajne pomysły i ten czas rekolekcji był wypełniony po brzegi. Kiedy przyjechałem pierwszy raz, rozbiły się moje wyobrażenia o klasztorach i zakonnikach. Wydawało mi się, że oni albo się modlą, albo pracują. A tymczasem oni… grali w piłkę! Przyjęli mnie bardzo serdecznie, a wieczorem zaprosili na ognisko. Akurat przyjechało na urlop 6 misjonarzy – w jeden wieczór połknąłem cały świat w pigułce. Kiedy po miesiącu dostałem list z Pieniężna z pozdrowieniami, poczułem się bardzo ważny dla tej wspólnoty. I właściwie wciąż siedziało mi w głowie to pytanie biskupa.

No a gdyby nie księdzem, nie misjonarzem, to kim mógłby Ojciec być?

Zawsze chciałem być nawigatorem – pasjonowało mnie to, jak statki poruszają się po oceanach, kiedy tam nie ma żadnych znaków drogowych. Jako nawigator mógłbym prowadzić innych do portu, w bezpieczne miejsce, gdzie człowiek czuje pokój.

Właściwie to niewielka różnica – jako ksiądz też jest Ojciec takim nawigatorem. I to – jak pokazało 40 lat pracy – bardzo skutecznym. Werbiści, czyli misjonarze – nie dość, że wspólnota międzynarodowa, to będąc jednym z nich zyskiwało się bilet wstępu do poznawania całego świata. 

Owszem, lubiłem zwiedzać, ale nie sprowadzajmy powołania misyjnego do turystyki! Zostałem wychowany w ciekawości świata. Mama nigdy nie szczędziła pieniędzy na nasze wyjazdy i wszystkim braciom tłukła do głowy, żebyśmy się uczyli. A zwiedzanie, poznawanie świata traktowała jako zdobywanie wiedzy. Pamiętam taki moment z III czy IV klasy szkoły podstawowej, kiedy byłem jeszcze zwykłym urwisem i miałem bardzo słabe oceny. Mama wróciła zimą z wywiadówki ze łzami w oczach. Tak mnie to poruszyło, że postanowiłem sobie, że już nigdy nie będzie przeze mnie płakała i będę się lepiej uczył. No i tę klasę skończyłem jako najlepszy uczeń. I tak już zostało aż do matury. Także dzięki temu mogłem być nadal ministrantem, bo nasz proboszcz stosował żelazną zasadę: ministrant nie może się źle uczyć. Po każdym semestrze trzeba było pokazywać mu oceny, bo służba przy ołtarzu wymagała nie tylko pobożności, ale także rzetelnego wykonywania obowiązków szkolnych.

jwrblwski03O. Jan Wróblewski SVD podczas procesji Bożego Ciała w Chludowie (fot. Franciszek Bąk SVD)  

Kiedy już Ojciec wiedział, że będzie księdzem, jak Ojciec budował własny wizerunek kapłana? 

Wyobrażałem sobie siebie jako takiego księdza, jakiego sam wcześniej spotkałem – przede wszystkim darzącego wielkim szacunkiem ludzi. Miałem świadomość, że to jest powołanie, któremu trzeba umieć się poświęcać, a Pan Bóg mnie nie zostawi. Zresztą od dzieciństwa byłem przekonany, że Pan Bóg zawsze się mną opiekował. Także wtedy, gdy Tata umarł, a jego śmierć była dla mnie przeżyciem traumatycznym. Pamiętam, że podczas pierwszych świąt Bożego Narodzenia po śmierci Taty, recytowałem podczas jasełek wierszyk, który miałem powiedzieć św. Mikołajowi. Szedł on tak: „Święty Mikołaju mamusia mi chora,/ Więc poślij mi z nieba dobrego doktora./ Najlepiej mi poślij dobrego tatusia,/ a zaraz wyzdrowieje moja kochana mamusia”. No i proszę, w lipcu mama wyszła za mąż za Tatę Józia. Pan Bóg wysłuchał modlitwy tego małego dziecka. Tato Józef mnie wychował i wykształcił. Ale też później, nawet kiedy robiłem wielkie głupoty, a robiłem, stawiał koło mnie mądre kobiety, ludzi oddanych i życzliwych, mądrych wychowawców, a przede wszystkim bardzo mądrego pierwszego proboszcza o. Józefa Bajera. Zawsze to powtarzam, że każdy młody ksiądz powinien mieć mądrego pierwszego proboszcza. Tak więc chciałem być po prostu dobrym księdzem, czyli takim, który ma czas dla ludzi i lubi się z nimi modlić. Nieraz widziałem, ile dobra przynosi taka wspólna modlitwa. Przypominam sobie w tym kontekście, jak podczas święceń biskup pytał: „czy jesteś świadomy, że jesteś odpowiedzialny za uświęcanie ludu bożego?” To właśnie Pieniężno nauczyło mnie, że Kościół stanowi wartość uniwersalną – dla całego świata, a nie tylko dla Polski. 

I wciąż Ojciec się poświęca dla uświęcenia ludu bożego?

Otóż w miarę upływu czasu, uświadomiłem sobie, że motywacja bycia misjonarzem zmieniła się – wyjazd i funkcjonowanie jako kapłan gdzieś w szerokim świecie było pociągające za komuny. Pragnienie wyjazdu było apoteozą ofiary – JA chcę się poświęcić. A to nie jest tak! Zrozumiałem, że to nie ja się poświęcam. To wszystko robi Pan Jezus, który mnie kocha, a ja ciągle uczę się Jego miłości tak, że to „On wzrasta, a ja się umniejszam”. 

Co, oprócz motywacji, zmieniło się w Ojca kapłaństwie przez 40 lat? 

Mówi się, że kapłaństwo hierarchiczne jest kapłaństwem służebnym – Bogu i ludziom. Wiele lat traktowałem swoje kapłaństwo jako rodzaj trampoliny, żeby zaistnieć, nie tylko w środowisku kościelnym, pracowałem, by zdobyć uznanie innych, chciałem być i byłem postrzegany, że jestem kimś, nie takim zwykłym szeregowym księdzem. Szybki awans – wykładowca, wicerektor, pochwały przełożonych, uznanie wiernych, prestiż dobrego rekolekcjonisty i spowiednika, a nawet zazdrość współbraci, pompowały moją pychę jak wielki balon. Do czasu. Kiedy Pan Bóg pomógł mi zrozumieć i zgodzić się z tym, że On posługuje się mną po swojemu. Szczególnie ważny dla mnie i bardzo pomocny w tym procesie okazał się ślub posłuszeństwa. Wiele razy rezygnowałem z siebie, powoli odchodziłem od siebie, okazując posłuszeństwo i widziałem, jak Bóg posługuje się mną – im mniej było i jest mnie w moim działaniu, tym więcej jest Pana Boga i Jego błogosławieństwa.

Sam Ojciec wyznał, że mocno przeżył decyzję przełożonych o opuszczeniu przez Ojca Warszawy i udaniu się na „koniec świata”, na wieś – do Chludowa. To posłuszeństwo wydało owoc? Bo tu świętuje Ojciec swój jubileusz…

Jak zwykle z dystansu – przestrzennego i czasowego – widzę, że moje życie w Warszawie było jak przestrojona bombkami choinka. Owszem, był to piękny okres – prawie 12 lat uczestnictwa w różnych przestrzeniach misyjnych: jako spowiednik w Domu Aktora w Skolimowie, posługiwanie w Werbistowskim Centrum Migranta, który współzakładałem i byłem tam dyrektorem, i kierowanie wspólnotą domu prowincjalnego, czyli Domu Misyjnego Ducha Świętego, który także remontowałem. A w tym czasie byłem jeszcze w radzie prowincjalnej, wiceprowincjałem, rzecznikiem prasowym i prowadziłem zwykłą aktywność duszpasterską: spowiedzi, rekolekcje, misje…

jwrblwski03O. Jan Wróblewski SVD podczas obchodów Dnia życia Konsekrowanego w Chludowie (fot. Franciszek Bąk SVD)

Rzeczywiście, sporo tego jak na jednego człowieka. A może łatwiej byłoby na misjach gdzieś w świecie. Nie żałował Ojciec, że został w Polsce i nie dostał przeznaczenia do jakiegoś egzotycznego kraju, jak np. przyjaciele z kursu o. Waldemar Kus i o. Joachim Zok do Ghany? 

Już w seminarium wiedziałem, że nie pojadę na front misyjny. Od początku było zaplanowane, że zostanę wykładowcą w seminarium, dlatego studiowałem po święceniach teologię dogmatyczną na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie i w Niemczech, gdzie uczyłem się także języka. I rzeczywiście kilka ładnych lat wykładałem w Pieniężnie dogmatykę. 

My, świeccy, znamy o wiele bardziej Ojca jako spowiednika i rekolekcjonistę. 

W spowiedzi chyba najwyraźniej uzewnętrznia się indywiduum kapłana, w jakimś sensie nie można się jej nauczyć, bo tak naprawdę przygotowaniem do spowiadania drugiego człowieka jest całe nasze życie. Im więcej czasu poświęcałem na spowiedź, im więcej wkładałem serca, tym częściej widziałem, że w człowieku jest więcej cierpienia niż grzechu. A wtedy potrzebuje on towarzyszenia duchowego, by poczuł, że wiara pozwala dźwigać cierpienie, a nawet pozwala z niego wyjść.

Czy teraz, oglądając się wstecz, mógłby Ojciec wskazać osoby, które wywarły największy wpływ na Ojca kondycję jako księdza, misjonarza i człowieka?

Na początku był to bez wątpienia mój proboszcz w Maciejkowicach, ks. Ernest Werner. Jak mówiłem, jako nastolatek chciałem być takim księdzem jak on. Z seminarium z wdzięcznością wspominam o. Alojzego Motykę SVD, który głosił kazanie podczas mojej Mszy świętej prymicyjnej, i nieustanną życzliwość, jakiej doświadczałem i wciąż doświadczam od o. Alfonsa Labudy SVD. A potem był pierwszy proboszcz w Rybniku, czyli o. Józef Bajer SVD i mój kierownik duchowy o. Sylwester Pietruszka SVD. Wydaje mi się, że pozostałem wiernym ich naukom uczniem. No i jest jeszcze jeden człowiek – najważniejszy dla mnie. To mój brat Adam Wąs. Wiedziałem, że on cieszy się, iż jestem werbistą, a mnie ucieszyło, że on został księdzem. Jest to szczególny dowód na to, że Pan Bóg mnie mocno kocha. Bo i ja kochając Adasia widzę, że kapłaństwo pozwala mu się realizować, a jego ciągłe wsparcie pokazuje, że także on mnie kocha. Mój brat idealnie realizuje moje wyobrażenie miłości. 

Czy po 40 latach mistrz Jan wychował sobie uczniów? 

Raczej uczennice – świeckie i zakonne oraz jednego ucznia: ks. Piotra Gąsiora z Norwegii. Poznałem go podczas rekolekcji w Tylmanowej, gdzie był wikarym. Napisał do mnie z jakimś problemem i od tamtej pory się kontaktujemy. Moi uczniowie najczęściej szukają światła, podpowiedzi, potrafią zapytać o coś, co jest dla nich trudne, czasem piszą, że potrzebują modlitwy. I dzięki Bogu. 

Co by Ojciec zmienił, gdyby mógł, w swoim życiu jako ksiądz? 

Więcej bym się modlił, byłbym bardziej cierpliwy, za mało byłem pokorny. Dużo mi dało do myślenia, gdy jeden ze starszych współbraci powiedział, że czasem jestem taki „was ich bin” – kto to ja nie jestem – wyniosły i przemądrzały. Długo chodziło też za mną poczucie winy, że nie zrobiłem doktoratu. Pewnie jest we mnie jakaś słabość, ale ja zawsze uciekałem się do argumentów, związanych z obowiązkami w zgromadzeniu. Tymczasem wydaje mi się, że gdybym miał więcej determinacji… Kiedyś jeden z profesorów powiedział, abym mniej jeździł po rekolekcjach, a wziął się za pisanie. Na szczęście teraz już nie mam żalu do siebie. Widzę, że Pan Bóg się mną posługuje i się modlę, abym Mu w tym nie przeszkadzał albo nie utrudniał. 

Zdarzył się moment w życiu Ojca, że żałował, że jest księdzem?

Nigdy nie żałowałem. Ja naprawdę bardzo lubię być księdzem! Ale żałuję, że miałem takie okresy, że tak mało serca wkładałem w swoją służbę kapłańską.

Rozmawiała Anna Kot