Trudno o błyskotliwy tekst w okolicach Bożego Narodzenia. Trudno nawet o tekst w miarę przyzwoity czy średnioczytalny. Bo wszystko już było. Od połowy listopada trwa wojna podjazdowa pomiędzy zwolennikami ‘świąt’ zaczynających się 2 listopada, a tymi, którzy nie pójdą na spotkanie opłatkowe przed 24 grudnia. Jak co roku ta ‘świąteczna’ atmosfera jest podgrzewana przez black piątki, weekendy i całe tygodnie – można a nawet wypada kupić, wziąć pożyczkę, wymienić, bo przecie ‘święta’. Koniecznie i coraz częściej pisane z małej litery, żeby przypadkiem komuś czegoś nie narzucić i czymś kogoś nie urazić. 

Gdzieś obok tego już trwają odwiedziny kolędowe, wycina się powoli świerki i jodły, karpie jakoś smutniej pluskają w stawach i basenach, oswajając się ze swoim świątecznym losem. Powoli odkurza się figurki do świątecznej szopki albo wznosi przed kościołami konstrukcje dla żywego inwentarza, który będzie cicho porykiwał w czasie pasterki. Na zimnych strychach dojrzewa ciasto na pierniki, kisi się barszcz, co bardziej zapobiegliwi prasują papier pakowy z zeszłorocznego szału obdarowywania. Część populacji zaczyna wchodzić w to, co nazywa się świąteczną depresją, powtarzając ‘nie lubię świąt’.

W naszym świecie możliwa i rzeczywista jest każda opcja, dlatego zakres postaw i zachowań, których doświadczamy i będziemy doświadczać, jest tak bardzo szeroki. Rozpościera się od przesłodzonej iluminacji, podrygującej w rytm amerykańskich christmasowych szlagierów, po absolutną ciemność i brak jakichkolwiek świątecznych odruchów.

I teraz wchodzimy my, cali na biało, parafrazując klasyka. Z początkiem grudnia, z początkiem Adwentu i z początkiem nowego roku liturgicznego, nastaje Rok Słowa Bożego. Wierzę, że to opatrznościowy pomysł. Bo prawda jest taka, że w całej swej rozciągłości możliwych postaw względem tego, czym są i jak należy przeżywać te święta / Święta, ciągle gada o tym człowiek. Może dlatego, że nowonarodzone dziecko raczej mało mówi, więc postanowiliśmy je wyręczyć?

W świątecznym słowotoku, opartym na świętym dziś prawie, które stanowi, że każdy, absolutnie każdy, może mieć swoje zdanie i może to zdanie wypowiedzieć, koniec końców wybrzmiewa ni mniej ni więcej chaos, który towarzyszy większości naszych poczynań, kiedy wydaje nam się, że nasze na wierzchu i nasza racja to święta / świecka racja.

A my, pokorniuchno i cichuchno, wchodzimy w ten czas nabierając powietrza w płuca i wstrzymując oddech, żeby dać pierwszeństwo Słowu Bożemu. Dla współczesnych może się to jawić jako absurd (nic nowego), ale może to być także moment ożywczej odnowy. Bo w tym rozgadanym świecie sam fakt, że Bóg mówi, że ma Słowo, już wydaje się kontr-propozycją. Największym prezentem, jaki można sobie ofiarować na czas Adwentu, to przypomnienie sobie, że nie muszę mieć zdania na każdy temat, więcej: że moje literki i głoski tak do końca niczego nie opiszą, nie określą i nie wytłumaczą, niezależnie od ilości wykrzykników na końcu zdania.

Pomysł, by pozwolić Bogu mówić tak, byśmy Go najpierw usłyszeli, a słysząc, zrozumieli, a rozumiejąc – posłuchali, może jawić się jak rewolucja. Wspólnota, która gromadzi się wokół Słowa Bożego wyróżnia się na prześwietlonym sztucznym światłem tle. Więcej, jaśnieje światłem, które w chwili, kiedy czekoladowe mikołaje zastąpią zające z tej samej czekolady, a girlandy lampek się przepalą i wylądują na śmietniku – wspólnota, która tworzy się wokół Słowa Bożego będzie lampą postawioną wysoko, światłem na końcu długiego tunelu, w który, nie wiedzieć czemu, ciągle się pchamy.

Maciej Baron SVD
Za: Komunikaty SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault