Pchając wózek z zakupami przez alejki lubelskiego hipermarketu naszła mnie refleksja. Czasu na nią miałem sporo, ponieważ przedświąteczny amok zakupowy sięgał zenitu. Widziałem ludzi pchających przed sobą nie jeden, nie dwa, ale kolektywnie, rodzinnie – trzy i więcej wypchanych wózków. Absolutny przesyt, nadmiar wszelkich dóbr, elektroniki, alkoholi, jedzenia.

Dzień wcześniej rozmawiałem z panem, który pracuje w lubelskiej firmie dbającej o wywózkę odpadów. Powiedział mi, że 15 lat temu pracownicy na sortowni czy wysypisku byli zdziwieni, jeśli w morzu odpadów znalazł się bochenek chleba. Dziś, mówi, bywa, że po Świętach zjeżdżają samochody wyładowane po sufit całymi workami jedzenia, chleba, owoców, wędlin – czasami nawet nieotwartych.

W Wigilię, na jednej z anten TVP, widziałem przygotowania do wigilijnej wieczerzy dla ubogich, samotnych – wielka hala, wypełniona ludźmi po ostatnie miejsca. Wielu ludzi autentycznie samotnych, poturbowanych przez los. Ale wielu po prostu nie znalazło miejsca przy rodzinnym stole, bo starość, niedołężność nie są w modzie, nie zdobią Wigilii. Dobrze, że dla wszystkich, bez wyjątku są gotowe miejsca, opłatek, świąteczne smaki i zapachy.

Wydaje mi się, że te opisane sytuacje łączy jedno. Biorą się z tego, że z naszych słowników zniknęło jedno, ważne słowo, które dziś stało się mało popularne, niewygodne. Chodzi mi o słowo „nie”. Brakuje tego „nie” w tym zakupowym szale, który wydaje się znosić wszelkie granice i pragnienia, jedynym motorem działania czyniąc słowo „chcę”. Brakuje tego „nie” w zredukowaniu świętowania do konsumpcji, która przecież ma granicę, choćby najbardziej prozaiczną – pojemność talerza i żołądka. Brakuje tego „nie” wszędzie tam, gdzie pojawia się cicha zgoda na selekcję, gdzie człowiek starszy, chory bywa skazany na samotność, odrzucenie, bo nie pasuje do skandynawskiego wystroju salonu i nowoczesnej Wigilii.

Brakuje tego „nie” i w naszym działaniu, mówieniu. Zostawiliśmy z Jezusowego „tak, tak – nie, nie” tylko tą pierwszą część. Do tego często owo „tak, tak” zostaje zamienione w narzędzie do głaskania. Bo nikt nie chce słyszeć słów nieprzyjemnych, bo jeszcze stracimy tych, których mamy, bo komuś będzie przykro. Więc lepiej potakiwać. A potem, raz do roku ze wzruszeniem „pochylać” się nad rzeczywistością, do deformacji której często sami przyłożyliśmy rękę. Nie uderzając, broń Boże, ale głaszcząc. Trochę tak, jakby ze wszystkich przypraw w kuchni został tylko cukier.

Oczywiście, nie da się tego „nie” zadekretować. Nie da się siłą i od razu wprowadzić równowagi do zaburzonego świata. Potrzebne jest to coroczne „pochylanie się”. Potrzeba też autentycznego „tak”, bo samo „nie” zamienia się po jakimś czasie w utyskiwanie, brak zapału, krytykanctwo, sieje mrok. Potrzebna jest szczypta soli wszędzie tam, gdzie dosypuje się cukru.

Wbrew wszystkim słabościom, jest to zawsze szansa. Nie na powódź krytyki, nie na polowanie na winnych tego czy owego – z nagonką lub bez. To zawsze czas na odzyskanie równowagi, na zbalansowanie „tak” i „nie”. Człowiek, który odzyskuje równowagę może w końcu skupić się nie na tym, żeby ustać. Może w końcu zobaczyć, dokąd idzie. I świadomie do tego celu zdążać, krok po kroku.

Maciej Baron SVD

blog comments powered by Disqus
0
0
0
s2sdefault