Wiele cech już ‘wydobyto’ z o. Mariana, a mimo to ciągle jest coś do odkrycia, ciągle wychodzą na powierzchnię pewne cnoty i wartości, które mogą być dobrą inspiracją dla nas, zwłaszcza dla tych, którzy idą lub pragną iść jego śladami. Jedną ze szczególnych cech, jakimi wyróżniał się o. Żelazek, jest odwaga, specyficzne męstwo.
Minęła 20. rocznica śmierci Sługi Bożego o. Mariana Żelazka, misjonarza werbisty, który przeszło 50 lat pracował i świadczył o Chrystusie w przeogromnym kraju, jakim są Indie. Zwłaszcza w jego północno-wschodniej części, czyli w stanie dawniej Orissa, dziś Odisha. Zanim znalazł się w Puri nad Zatoką Bengalską, przemierzył ten stan wzdłuż i wszerz, zwłaszcza diecezję Sambalpur, jako inspektor szkół katolickich, a także jako referent powołaniowy. Potrafił doskonale łączyć te dwie funkcje, którym oddał całe swoje serce i wszystkie swoje siły. I właśnie tym się charakteryzował szczególnie – nie bał się oddawać siebie Bogu i ludziom, bez reszty.
Wiele cech już ‘wydobyto’ z o. Mariana, a mimo to ciągle jest coś do odkrycia, ciągle wychodzą na powierzchnię pewne cnoty i wartości, które mogą być dobrą inspiracją dla nas, zwłaszcza dla tych, którzy idą lub pragną iść jego śladami.
Naśladowanie kogoś może być bardzo odkrywcze i wręcz fascynujące. Potrzebujemy wzorów, które pomagają nam odkryć nasze własne możliwości i rozwinąć siebie na poziomie osobowym czy duchowym. Nie ulega wątpliwości, że o. Marian jest takim wzorem, godnym naśladowania, także dziś, gdziekolwiek nas Boża Opatrzność postawi.
Jedną ze szczególnych cech, jakimi wyróżniał się o. Żelazek, jest odwaga, specyficzne męstwo. Dało się to zauważyć już we wczesnej młodości. Wraz ze swoimi braćmi był uczniem gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Mógł sobie wszystko inaczej ułożyć. Liceum, potem studia, na przykład adwokackie, nauczycielskie albo lekarskie. On jednak, kiedy odkrył werbistów i to, że są misjonarzami, opuścił gimnazjum w Poznaniu, niczym św. Stanisław Kostka Wiedeń, i powędrował do Górnej Grupy koło Grudziądza. Młodzieńcza odwaga!
Fot. Archiwum SVD
Kiedy przyszły ciężkie dni II wojny światowej, należał do tych, którzy byli odważnymi i starał się pomagać słabszym. Dobitnie się to okazało, gdy nosił Komunię św. wyrzuconemu do ubikacji i konającemu współbratu Jankowi Wojtkowiakowi. Za coś takiego groziły ciężkie kary, ze śmiercią włącznie. To już coś więcej niż odwaga, to już graniczące z heroizmem męstwo.
Nie afiszował się z tym, po prostu robił to, co w danym momencie robić należało. Przynajmniej trzy razy był blisko śmierci, mężnie to udźwignął i jednocześnie postanowił, że swoje życie odda najuboższym.
I przyszły Indie! Młoda diecezja, wiele rzeczy od początku. I właśnie tam, wśród innych współbraci, odważnie podejmował wyzwania, jakie stawiała przed nimi nowa sytuacja. Oni często zaczynali wielkie dzieła z pustymi rękami i kieszeniami. Tego rodzaju dzieł było co nie miara, choćby zupełnie nowa parafia w Bundamunda, która dziś jest dużym, pełnym życia ośrodkiem chrześcijańskim.
Każde następne dzieło utwierdzało w tym, że nie trzeba się bać nowych wyzwań i z głębokim zaufaniem Bożej Opatrzności je podejmować.
Dziwna rzecz, ale to odważne dobro, zakorzenione w miłosnym oddaniu Panu Bogu, coraz bardziej się pomnażało. W tym wszystkim o. Marian nie czekał na uznanie – po prostu odważnie czynił dobro. Kiedy w 1975 roku padła propozycja, aby podjąć pracę misyjną w Puri, chętnych nie było, nawet pośród indyjskich współbraci. Wtedy zgłosił się o. Marian. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to jest wejście wprost w paszczę smoka. Puri wówczas było radykalnym, wprost fanatycznym ośrodkiem hinduizmu. Od czego zacząć? Malutki kościółek, niemal szopa, z zakrystią, która była jednocześnie mieszkaniem dzielonym ze szczurami i malutka wspólnota wystraszonych, bo wciąż prześladowanych, katolików. Co rusz to na ścianach tej małej kapliczki pojawiały się napisy: „Po coś tu przyszedł, ty biały diable? Chcesz zrujnować naszą tradycję i nasz porządek?”. O. Marian trwał z miłością i z odwagą.
O. Henryk Kałuża SVD w kolonii trędowatych w Puri w 18. rcznicę śmierci o. Mariana Żelazka SVD (fot. Andrzej Danilewicz SVD)
Wreszcie przyszło nowe wyzwanie - trędowaci! To przecież ludzie przeklęci! Nikt z Indyjczyków się do nich nawet nie zbliżał, aby się nie zanieczyścić. A o. Żelazek z odwagą poszedł do nich i przeszło 30 lat pracował wśród nich. To wymagało wielkiej odwagi i zaufania Panu Bogu. Zrobił wszystko, aby powstała – prawdopodobnie pierwsza w Indiach – szkoła dla dzieci z rodzin zdrowych i z rodzin trędowatych. Mimo wielkich sprzeciwów udało się!
Ludzie zachodzili po rozum do głowy: jak on tego dokonał? A przy tym przeklęta kolonia trędowatych powoli przekształcała się w „ogród nadziei”. Ludzie kiwali głowami, a o. Marian parł do przodu. Jego odwaga udzielała się innym, zwłaszcza jego dobrodziejom, z królową Beatrycze włącznie.
A kiedy nadszedł czas emerytury, oddał dobrze zorganizowaną parafię pod opiekę młodszych, już miejscowych współbraci. Sam z kolei usunął się do przygotowanego Ashramu, gdzie się modlił i przyjmował interesantów, których nigdy nie brakowało. To także odwaga, żaden z werbistów, nigdy wcześniej, nie zrobił czegoś takiego.
Ale to nie koniec jego odważnych przedsięwzięć. Głęboko w sercu nosił od dawna myśl, aby powstał duży ośrodek dialogu, gdzie spotykaliby się ludzie różnych religii, wyznań, zapatrywań i w sposób pokojowy dzieliliby swoje wartości. No i co? I właśnie taki ośrodek powstał – Ishopanti Ashram. To naprawdę odważny projekt o. Mariana. Jest czynny do dziś, owocnie pracuje na rzecz dialogu międzyreligijnego i nie tylko.
Chciałoby się zawołać: „Ojcze Marianie, skąd ty masz tyle siły i odwagi w podejmowaniu tak nieprzeciętnych pomysłów?”. I co by odpowiedział? Może: „Z Chrystusa i z Jego Ewangelii, Mociumpanie!” I racja, bo kto Bogiem żyje autentycznie, z Niego czerpie siły i odwagę w realizowaniu Jego planów i Jego woli. Chciałoby się zawołać ustami o. Mariana: „Hej gromada, nie bójcie się być odważni, co nie znaczy „pysznie przebojowi”. Zaufajcie Panu, a On was poprowadzi podobnymi drogami! Z Bogiem i z Jego Matką wszystko jest możliwe! Przynajmniej spróbujcie, a zobaczycie na co stać Pana Boga przy waszej pomocy! Pozwólcie Mu, a jeszcze niejeden raz was zaskoczy!”.
Henryk Kałuża SVD
Za: Komunikaty SVD
